Wtedy to się stało. Ta myśl była jak rażenie prądem. Dzika, bezczelna, absolutnie nieprzyzwoita, ale kurwa… genialna. Uśmiechnęła się do swojej bladej twarzy w odbiciu. Jej ciało, jej woń, jej czas i pieprzona kobiecość - to były jej płynne aktywa. Tego samego, wilgotnego wieczoru narodził się „Majtkomat”.
Strona była skandalicznie prosta, ale uderzająco elegancka. Czarne tło, na którym krzyczały zdjęcia. Nie wulgarne, ale perwersyjnie intymne: majtki rozrzucone na pogniecionej pościeli, zawiązane w prowokacyjną pętelkę, rzucone na aksamitne krzesło. Nie było jej twarzy, tylko fragmenty, które rozpalały wyobraźnię: giętki łuk nagiej stopy, napięta dłoń zarysowująca linię biodra, wilgotny skrawek brzucha. Każda para była opisana jak zakazany, cholernie mocny narkotyk.
Pierwszą parą były głęboko bordowe, niemal czarne, aksamitne stringi. Karolina ubrała je w chłodny czwartkowy poranek, wiedząc, że będą z nią przez piekło wykładów i zmianę w kawiarni.
Opis Cielesny: Aksamit był początkowo szorstko-chłodny, potem wtopił się w jej skórę jak druga warstwa. Ciasno opinał pośladki, a wąski pasek materiału agresywnie zagłębiał się między nimi, wyznaczając ich wilgotną granicę i przypominając o sobie tępym uciskiem przy każdym kroku. Godziny spędzone na niewygodnym krześle. Materiał, krok po kroku, nasiąkał słodkawą, naturalną wilgocią jej ciała. To był powolny, zmysłowy proces dojrzewania. Aksamit chłonął wszystko: jej intymne ciepło, ostrą nutę podniecenia, które budziło się od tego ciągłego, zuchwałego tarcia. Po całym dniu, gdy je zsuwała w dół spoconych ud, były cieplejsze, niemal lepkie, idealnie uformowane jej ciałem. Zapach był intensywny, złożony i pierwotny - słodko-korzenny, z wyraźną, metaliczną, kobiecą nutą intymnych wydzielin.
Na „Majtkomacie” napisała, dosadnie: „Bordowy aksamit. Nosiłam je od bladego świtu do zmęczonej nocy. Przesiąknięte moim piekielnym tempem dnia, gorączką skóry i naturalnym aromatem wilgoci. Wyczuwalna słodka nuta, ale pod spodem czai się głębia - mój intymny nektar. Dla konesera, który doceni grzech i potęgę ukrytego ciepła.”
Zniknęły w dziesięć minut. Karolina poczuła nieprzyjemnie podniecający dreszcz na plecach.
Kolejną parą były zwiewne, przezroczyste białe, koronkowe figi z satynową wstawką na kroku.
Opis Cielesny: Założyła je w leniwą, słoneczną sobotę, dzień bez pośpiechu, tylko dla siebie. Koronka była jak kusa mgiełka, muskając skórę przy najlżejszym ruchu - ledwie wyczuwalny szept. Kiedy się przeciągała, czuła, jak gładka satyna delikatnie pobudza i łaskocze jej wargi sromowe. Tym razem woń powstawała leniwie, ale zuchwale. Bez stresu, zapach był czystszy, bardziej miodowy i słoneczny, zmieszany z resztkami zapachu mydła i olejku do ciała. Koronka chłonęła ten subtelny, słodkawy bukiet, a satyna na kroku stała się wyraźnie wilgotna od naturalnej wydzieliny - klarownego śluzu oznajmiającego jej spokojne, ale świadome podniecenie. Kiedy je delikatnie zdejmowała, miały zapach ciepłej, czystej skóry, słodkiego miodu i jej własnego, wyraźnego, intymnego, kobiecego sekretu.
Opis na stronie brzmiał: „Biała, przeklęta koronka, niewinność, która kłamie jak diabli. Nosiłam je w leniwy dzień, czując, jak satyna pieści moją cipkę przy każdym ruchu. Zapach jest słodki i czysty jak gorące mleko, ale z wyraźną, wilgotną nutą mojego ciała. Dla romantyka, który chce poczuć słodycz zakazanej, czystej przyjemności.”
Trzecia para to były szare, proste, bawełniane, sportowe majtki. Karolina postanowiła dać im prawdziwe, ciężkie życie.
Opis Cielesny: Wsunęła je na całodzienną, morderczą sesję na siłowni. Bawełna, z początku szorstka jak tarka, w ciągu godziny nasiąkła solą i potem z jej krocza i pośladków. Podczas prymitywnych przysiadów, wykroków i biegu, materiał brutalnie tarł o jej ciało, wchłaniając każdą kroplę potu i energię. Czuła, jak stają się ciężkie, mokre, niemal żywe i agresywne. Po treningu, celowo nie umyła się od razu dokładnie pod prysznicem. Pozwoliła, by skoncentrowane pozostałości potu, kwas mlekowy i jej dzika, naturalna woń zmieszały się, tworząc mocny, ziemisty, niemal pierwotny, brutalny aromat. Nosiła je jeszcze przez popołudnie, czując, jak sztywnieją i schną na jej skórze, utrwalając ten nieokiełznany zapach. Gdy je z trudem zdejmowała, bawełna była sztywna, słona od zaschniętego potu, a zapach był totalnie mocny - słony, ostry, fizyczny i bardzo, bardzo bezpośredni.
Na „Majtkomacie” napisała: „Szara, cholerna bawełna. Przetestowana w ogniu i pocie. Cały dzień brutalnego, mokrego treningu. Zapach jest szczery i intensywny - słony, ziemisty, esencja mojego zmęczenia, wysiłku i zwierzęcej, kobiecej siły. Dla tych, którzy lubią zapachy bezlitosne i pierwotne.”
Klienci „Majtkomatu” - cienie w sieci, płacący kryptowalutami - oszaleli na punkcie „autentyczności” i „cielesnej mocy” jej produktów. Karolina czuła dziwną, intymną władzę. Leżąc w łóżku, dotykając się przez materiał nowej, czarnej pary, którą właśnie włożyła, myślała o tych wszystkich ludziach, którzy będą wąchać, całować, a może nawet ocierać się o te nasiąknięte kawałki materiału, które tak głęboko przyjęły jej istnienie. To poczucie, że jej najgłębsza intymność, ukryta w splotach tkaniny, podróżuje po świecie i rozpala czyjąś wyobraźnię do granic, było niewiarygodnie podniecające. Była nie tylko sprzedawczynią. Była Kreatorką, Kapłanką Ciała, a jej skóra - była jak atelier. „Majtkomat” stał się galerią, w której wystawiała najbardziej skryte, najmocniej pachnące fragmenty kobiecości. W głębi swojej perwersyjnej duszy, czuła, że to dopiero początek jej przygody z tym rodzajem... sztuki.


